"Nowy" dowód

Hurra! Mamy nowy dowód osobisty. Od 1 marca w dowodzie osobistym nie ma już informacji o miejscu zamieszkania, kolorze oczu i wzroście. Ale w nowym dowodzie nie ma też tego, co nierozerwalnie wiąże się z e-administracją na miarę XXI wieku. Nie ma chipu.

W ustawie o dowodach osobistych nazwano to warstwą elektroniczną. Warstwę elektroniczną - mały srebrny lub złoty kwadracik - mają dziś wszystkie karty bankomatowe, wiele legitymacji, kart bibliotecznych. Moja legitymacja poselska ma także elektroniczny chip. Dzięki niemu plastikowa karta staje się jednocześnie źródłem wielu informacji zapisanych w postaci elektronicznej. Również nowy dowód elektroniczny miał mieć wmontowany chip. Ale go nie ma.


Elektroniczny dowód osobisty ma w polskim prawodawstwie długą historię. O dowodzie osobistym z tzw. warstwą elektroniczną mówiła ustawa o dowodach osobistych z połowy roku 2010, przygotowana przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji Jerzego Millera. Nowoczesny dowód elektroniczny miał być nie tylko dokumentem identyfikacyjnym. Miał pełnić również funkcję dokumentu ubezpieczenia zdrowotnego oraz mieć w sobie bezpieczny podpis elektroniczny. Czyli 3 w 1. Zaimplementowanie w dowodzie elektronicznym bezpiecznego podpisu umożliwiałoby powszechny dostęp do usług e-administracji świadczonych przez internet. Zapisanie w dowodzie informacji o naszym ubezpieczeniu zdrowotnym ułatwiałoby dostęp do usług medycznych.

Minister Jerzy Miller optymistycznie zaplanował wydawanie pierwszych dowodów elektronicznych już od 1 lipca 2011 roku. Tego terminu oczywiście nie udało się dotrzymać. Piszę: oczywiście, bo jakoś nie mogę przypomnieć sobie żadnej usługi z dziedziny nowoczesnych technologii, która zaczęłaby działać w pierwotnie zaplanowanym terminie. Kolejny termin startu elektronicznego dowodu osobistego mówił o roku 2013. Potem było już tylko gorzej. Następca ministra Millera, minister administracji i cyfryzacji Michał Boni doszedł do wniosku, że elektroniczny dowód w ogóle nie jest Polakom potrzebny. Nowelizacja ustawy o dowodach osobistych z 2012 roku wykreśliła wszystkie zapisy o "warstwie elektronicznej". Pozostał sam plastik.

Wielokrotnie krytykowałem działania ministra administracji i cyfryzacji Michała Boniego. Nie zgadzałem się z jego argumentacją, że jest jeszcze za wcześnie na dowód elektroniczny w Polsce. I że należy wrócić do dyskusji o nim w okolicach roku 2020. Zwłaszcza, że kilka lat temu były ogromne środki unijne przeznaczone na budowę systemu rejestrów państwowych i wprowadzenie w Polsce elektronicznego dowodu osobistego.

Na projekt pl.ID, w ramach którego miał powstać nowy dowód, przeznaczono pierwotnie 370 mln złotych. Z tego ponad 300 milionów wyłożyli podatnicy Unii Europejskiej, a resztę polski budżet. Nie da się w paru zdaniach opisać historii tych pieniędzy. Część z nich gdzieś się rozeszła w źle zaprojektowanych pierwszych wersjach rejestrów. Kilkadziesiąt milionów trzeba było wycofać w związku z aferą korupcyjną. Nie ulega wątpliwości, że obecnie pełną wiedzę o projekcie pl.ID ma przede wszystkim CBA. Zwykli obywatele wiedzą tylko tyle, że wprowadzenie w Polsce elektronicznego dowodu osobistego przerosło możliwości rządzących.

Dlatego jeśli będą nam wmawiać, że od 1 marca dostaniemy nowy dowód osobisty, nie wierzmy w to. Bo "nowość" tego dowodu nie miała polegać na wykreśleniu koloru naszych oczu i wzrostu w centymetrach. Miał być "elektroniczny". Na miarę XXI wieku. A niestety z kawałkiem plastiku zostajemy nadal w wieku XX.
Trwa ładowanie komentarzy...